niedziela, 25 września 2016

W pięciopalcach w terenie.

   Od czerwca większość wolnego czasu spędzam w terenie. Ogólnie panujące upały sprawiły, że niewiele się w moim bushcraftowym światku działo - nic niewnoszące posiadówy przy ognisku, kilkugodzinne spacery wokół jezior, lasów i bagien. Jednym słowem stagnacja i rutyna. Chociaż nie do końca... 
Moje wędrówki zostały urozmaicone, a może udziwnione poprzez okazjonalny zakup obuwia vibram fivefingers model KSO. Dziwactwo to najpierw docierałem w lasach Mierzei Wiślanej w okolicach Jantara i Mikoszewa, a później jezior mazurskich. 
Początkowo chodziło się w tym dziwnie - niby w butach, ale jednak jakby na bosaka. Powoli przyzwyczajałem się i robiłem coraz dłuższe trasy leśne. Z tego, co wyczytałem w sieci, model ten przeznaczony jest do typowej rekreacji bez terenowych szaleństw. Nie planowałem się jednak przedzierać przez gąszcze jeżyn, malin lub głogu, chociaż tego typu atrakcje w moich rejonach nie należą do rzadkości. 
Kończą się letnie pogodne dni, pora więc zarzucić w teren bardziej toporne obuwie, choć dokupienie pięciopalczastych skarpet może ten czas nieco odwlec. Ogólnie pięciopalczaki sprawdzają się na ścieżkach i niezbyt zarośniętej ściółce. Trzeba jednak uważać na różnego typu ostrokrzewy, osty i tym podobne rośliny. Błocko, rosa, marsz w padającym deszczu nie przeszkadza bezpośrednio w wędrówce, ale tym sposobem uzyskujemy nogi kwalifikujące się do mycia, a buty do prania, a jak wiadomo - częste mycie skraca życie.
   Ostatnimi czasy buszując nad jeziorem trafiłem na całe pola wiesiołka dwuletniego. Wyglądało jak nasadzona plantacja. Po bliższym oglądzie okazało się, że to miejsce pod budowę domków letniskowych, a wykarczowany teren sprzyjał rozmnażaniu tej rośliny. Muszę więc pospieszyć się i wykopać wiesiołka z miejscówki, gdyż przyjadą koparki i wszystko zrównają. Być może część przesadzę na swoją działkę oraz w inne, bardziej bezpieczne miejsca. Dodatkowo odkryłem nad brzegiem małego jeziorka mnóstwo dzikiej mięty. Posiłki i napoje stają się więc coraz bardziej urozmaicone.






 


poniedziałek, 11 lipca 2016

Spływ kanu mazurskimi jeziorami.

W sobotę 2 lipca wyruszyłem do Sorkwit w okolicach Mrągowa, by uczestniczyć w zorganizowanym przez kolegę Marshalla z Forum Wodnego corocznym spływie. Na pole namiotowe w Sorkwitach przybyłem wraz z małżonką Izą i sześcioletnią bratanicą Idą w upalny sobotni wieczór. Po przywitaniu i zaznajomieniu ze spływowiczami rozbiliśmy namiot i siedliśmy do wspólnej kolacji. Było ciepło i przyjemnie. Nic nie zapowiadało długotrwałego deszczu, który zaczął padać nocą, a dał sobie spokój w niedzielę około czternastej. Mimo późnej popołudniowej pory wyruszyliśmy na jezioro i pokonaliśmy planowaną trasę. Nocleg był na wyspie na Jeziorze Białym, gdzie udało się nieco podsuszyć przemoczone graty i ciuchy. Dzień drugi to obfitujące w duże i małe przygody przemieszczanie się różnymi odcinkami Krutyni oraz Jeziorami Ganckim i Zyzdrój Wielki, na którym to zatrzymaliśmy się na dłuższy postój - Wyspa Miłości. Stamtąd pływaliśmy na wyprawy drzewno-jagodowe. Kolejny etap to jezioro Zyzdrój Mały i dotarcie Krutynią do Jeziora Spychowskiego. Atrakcją Spychowa okazał się Festiwal Dłubanki. Tam w środę po południu pożegnaliśmy się z grupą i wróciliśmy do Mławy.  Gros podróżowała jeszcze do soboty. Podsumowując - świetna przygoda w doborowym towarzystwie. Myślę, że to nie ostatnia wodna wędrówka w tak zacnym gronie.
Wnioski:
- na dłuższe wyprawy, gdzie masa bagażu nie ma istotnego znaczenia, wskazany namiot z przedsionkiem lub duży tarp, np. 3x4m (o ile wiemy, że teren będzie w minimalnym chociaż stopniu zadrzewiony). Można przesuszyć gaderobę, coś ugotować oraz przemieszczać się w miarę komfortowo.
- wskazana kuchenka na paliwo ciekłe bądź gazowe. Na spływie sprawdził się palnik spirytusowy Tatonki napędzany paliwem do biokominków, z Kelly Kettle podczas deszczowych dni byłby problem ze znalezieniem opału (czasochłonne).
- zamiast menażek używałem zwykłych głębokich talerzy z duralexu, ciężkie, ale łatwe do wymycia z tłuszczu, zastąpię je jednak lżejszymi z nierdzewki.
- nie każdemu jest ciepło w letnim śpiworze, czasami lepiej wziąć cieplejszy niż kombinować.









środa, 29 czerwca 2016

Weekend nad Narwią

24 czerwca świeżo po zakończeniu roku szkolnego wybrałem się nad Narew w okolice miejscowości Janówek. Dotarłem tam linią KM, by dalej przemieszczać się rowerem. Na stacji spotkałem się z kolegą Michałem, który znał ciekawą miejscówkę na weekendowe biwakowanie połączone z łowieniem ryb, w której to sztuce nie jestem zbyt biegły. Upał był niemiłosierny, a droga w większości prowadziła przez bezdrzewny teren. Mimo wszystko w dobrej kondycji dotarliśmy na miejsce. Miejscówka okazała się doskonała - drzewa dające cień, drewno na ognisko, dogodne miejsce do zarzucania wędek, a nawet przygotowane miejsce na ognisko. Rozłożyliśmy legowiska, przy takim upale nie opłacało się nawet rozciągać tarpów, profilaktycznie przygotowałem pałatkę, by w razie gwałtownego deszczu przykryć klamoty. Potem przystąpiliśmy do posiłku, pogadaliśmy o głupotach i poszliśmy spać. Nocą zbudziły nas auta wjeżdżające na naszą miejscówkę. Okazało się, że to wędkarze, trochę podokazywali, rozstawili sprzęt i ... więcej nie pamiętam, gdyż zasnąłem. Rano okazało się, iż to całkiem sympatyczni ludzie, z którymi bytowaliśmy, z pewnymi rotacjami z ich strony,  do niedzieli. W sobotę dojechał moto jeszcze jeden kolega z Forum. W niedzielę około 10 rano rozstaliśmy się i ruszyliśmy do domów.
 Nasze wehikuły podczas postoju











Stawy w Janówku.


Zabudowania popegeerowskie w Janówku.
  

niedziela, 29 maja 2016

Nocka w terenie w ramach Prymitywnych Technik Przetrwania

Corocznie, w ramach Prymitywnych Technik Przetrwania, zorganizowaliśmy wspólnie z uczniami nockę w terenie. Przetestowaliśmy techniki rozpalania ognia, różne typy ognisk, budowę schronienia typu "wigwam" z małym ogniskiem grzewczym wewnątrz, filtrowaliśmy wodę z pobliskiego stawu, nie zabrakło też radosnej twórczości kulinarnej. Oprócz tego posługiwanie się narzędziami podczas budowy obozowiska, strzelanie z łuku i wiatrówek. Pogoda dopisywała, choć nocą temperatura spadła do kilku stopni Celcjusza. Poniżej krótka fotorelacja 






niedziela, 1 maja 2016

W poszukiwaniu błyskoporka podkorowego

  W końcu upragniony weekend majowy. Wspólnie z żoną postanowiliśmy spędzić go na działce nad jeziorem. By nie siedzieć bezproduktywnie ruszyliśmy w sobotnie przedpołudnie prawą stroną jeziora w poszukiwaniu różnego rodzaju roślin jadalnych. Potraktowaliśmy wycieczkę jedynie jako rekonesans, poobserwować, zapamiętać miejscówki, ewentualnie w drodze powrotnej zerwać jakieś roślinki w celu wzbogacenia smakowego podpłomyków. Już na samym skraju lasu odkryliśmy całe łany czosnaczka pospolitego, w głębi rosło go jeszcze więcej. 
 Czosnaczek pospolity
 Pokrzywa zwyczajna  i szczawik zajęczy
 Łopian
 Bluszczyk kurdybanek
 Szczaw
Knieć błotna (Kaczeniec)

Pojawił się też szczawik zajęczy, pokrzywa zwyczajna i bluszczyk kurdybanek. Trzciny, strzałka i pałka wodna porastają jezioro wokół, ale się na nie nie nastawiałem. Przemierzając leśne ostępy rozmawialiśmy o błyskoporku podkorowym,  jego właściwościach leczniczych oraz świetnym materiale do niecenia ognia. Żona wypatrywała na brzozach czarnych narośli, ale nic się nie trafiało. Do czasu...
W pobliżu bagien, gdy fotografowaliśmy knieć błotną, czyli kaczeńce, żona zauważyła dość sporą brzozową czeczotę. Postanowiłem zapamiętać to miejsce. W tym momencie zapytała, czy ta czarna narośl na drugiej brzozie to czeczota, czy coś innego. Okazało się, iż to dość dużych rozmiarów guz błyskoporka podkorowego. 



Wyrósł dość wysoko i trudno go było strącić, ale się udało. Później znalazłem niżej umieszczone egzemplarze oraz kilka drzew, gdzie dopiero się tworzą. 
Wracając zerwaliśmy nieco czosnaczka, który po powrocie poprawił smak podpłomyków oraz spaghetti. Czas spędzony w lesie nigdy nie jest czasem straconym.

Moje zdobycze

poniedziałek, 8 lutego 2016

Lutowe bushcraftowanie

Pierwszy od wielu tygodni luźniejszy tydzień zachęcił mnie do leśnego bytowania. Co prawda, miałem testować różne konfiguracje zimowych noclegów, ale wiosenna aura pokrzyżowała plany. 
W sobotnie południe udałem się na starą miejscówkę z zamiarem budowy wigwamu. Jak zwykle musiałem działać sam. Wytyczyłem teren o promieniu około 2m, nazbierałem nieco materiałów i przystąpiłem do stawiania konstrukcji szkieletu. Gdy wstępny zarys budowli stał już o własnych siłach otrzymałem telefon, że z powodu pewnych komplikacji rodzinnych (choroba) muszę wracać szybko do domu, by ogarniać gospodarskie tematy. Zebrałem pobieżnie graty i do domu. Wszystko zostawiłem na takim, mniej więcej etapie.
 Stare obozowisko ze ścianką osłaniającą od wiatru
Przerwa w działaniach okazała się jednak nie tak długa. Już drugiego dnia z plecakiem pełnych gratów, a głową pomysłów, udałem się na "plac budowy".
Założenia były następujące:
- w pobliskim markecie budowlanym zakupić brzeszczot do piły ramowej, takową skonstruować i używać,
- celowo nie brać łyżki, by ją wykonać na miejscu, ale tylko przy pomocy zwykłego noża,
- dokończyć wigwam i spróbować uruchomić w nim funkcjonalne nieduże, bezpieczne ognisko,
- troszkę pokucharzyć w terenie - udoskonalenie starej bazy na zewnątrz,
- przetestować ostatnio wykonane noże,
- przygotować cele i postrzelać z łuku,
- nagromadzić drewna na następny pobyt.
Po drodze na miejscówkę w biegu wpadłem do marketu, zgarnąłem najtańszy, jednocześnie najdroższy, jedyny dostępny typ brzeszczotu do drewna mokrego za 3,60 pln i gracikiem ruszyłem na miejsce. Droga nieco rozmiękła, więc innym samochodem niż z napędem 4x4 lub traktorem dojazd byłby kłopotliwy. Działania postanowiłem rozpocząć od dokończenia wigwamu - zagęściłem rozstaw przęseł, dałem wokół kilka pierścieni wzmacniejących z giętkich witek i sznurka i postanowiłem zarzucić poszycie. Dysponowałem dwiema plandekami budowlanymi (3x4m i 2x3m), w odwodzie leżała pałatka BW. Obydwie płachty pokryły mi 2/3 powierzchni, pałatka okazała się zbyt mała, by całkowicie zakryć otwór wejściowy. Początkowo chciałem zagęścić ścianki gałęziami i uzupełnić brakujące poszycie liśćmi i ściółką, ale stwierdziłem, że nie będę robił dziadostwa i pozostanę przy tym, co mam. Czas nieubłaganie upływał, głód się wzmagał, a ja ciągle bawiłem się z tym schronieniem. Po udoskonaleniach i położeniu poszycia wyglądało to tak:


Gdy doczepiłem jeszcze pałatkę, zrobił się niewielki otwór, przez który trzeba było przeciskać się.
W centralnym miejscu pomieszczenia wydrążyłem zaostrzonym kijem zagłębienie i rozpaliłem niewielkie ognisko - dym troszkę potańczył po wnętrzu i idealnie zaczął się unosić przez pozostawiony centralnie otwór w zadaszeniu. Gdy siadłem na posłaniu, zrobiło się ciepło i miło, a przede mną nadal  mnóstwo pracy. 
Przyszedł więc czas na piłę ramową. Jako materiał wybrałem leszczynowe pręty, blokady do brzeszczota wykonałem ze świeżych patyków z głogu, które pozbawiłem kory i zahartowałem w ogniu.
Przy pomocy Laethermana oraz nieosadzonego brzeszczota w ciągu 15 - 20 minut udało mi się wykonać piłę, z której korzystałem przez następnych kilka godzin z wielkim zadowoleniem. Krótka historyjka obrazkowa z wykonania tego niezwykle pożytecznego urządzenia:







Problematyczne rzezy pod brzeszczot wykonałem z wykorzystaniem prymitywnego imadła - element obrabiany przykręcony linką do stabilnej gałęzi, można też wykorzystać rozszczepiony pniak.
Dzięki pile przygotowałem drewna na całą noc palenia, głównie osika, dąb, olcha i leszczyna. Czas jednak nieubłaganie mijał, zaczęło się zmierzchać, a ja do tej pory jechałem jeszcze na śniadanku.
W końcu po udoskonaleniu zewnętrznego paleniska 

przystąpiłem do przygotowywania posiłku. Zagotowałem wodę na herbatkę i zalałem jakiegoś Chińczyka, by zaspokoić pierwszy głód. Już podczas gotowania zacząłem strugać patyczek do mieszania i brzozową łyżkę, ale gdy zalewałem jedzenie wrzątkiem, łyżka przypominała ja jedynie w zarysie. Po 15 minutach była na tyle gotowa, że dało się nią wchłaniać płynne potrawy, które nadal były gorące.  Przy okazji przetestowałem składany kozik, którym to ową łyżkę wydziergałem łącznie z komorą zupną. Nóż łyżkowy jest do tego celu znakomity, ale niekonieczny. Muszę do scyzora dorobić pochewkę na szyję. 



Po dużej konsumpcji różnorodnych wiktuałów zmorzył mnie sen, więc pozostało jeszcze przygotować drewna na ognisko w wigwamie. Musiały to być nieduże, lecz twarde i suche szczapki, by jak najmniej dymić w pomieszczeniu. Było już grubo po północy, gdy leżąc milutko w śpiworku podrzucałem szczapki do wesoło palącego się ogniska, patrzyłem przez otwór w suficie na gwiazdy, a wokół otaczały mnie odgłosy lasu: przedzierające się przez bagna łosie, borsuki w pobliskich norach i lisy, które darły mordy jak opętane. Tak sobie zerkałem i zerkałem i ...nawet nie pamiętam, kiedy zasnąłem. Obudził mnie chłód. Patrzę - ognisko dogasa, ja przykryty jedynie częściowo, na osi 2:40. Opatuliłem się po szyję i do 7:30 spałem jak niemowlę. Budzik przywrócił mnie do rzeczywistości, a za chwilę telefon do domu. Koniec bushcraftu, zaczął się surwiwal życiowy. Do następnego razu. Ostatni rzut oka na pozostawione z żalem obozowisko.